Pomimo wszechobecnej już wiosny w Polsce, odradzającej się powoli natury i coraz cieplejszych dni, dalej ciężko mi się oderwać od tego listopadowego, ponurego klimatu, jeśli chodzi o słuchanie muzyki. I tak będzie również i dzisiaj, ponieważ ostatnimi dniami w świat poszła informacja, że dnia 8 marca Shane Rout opuścił ten padół łez, odchodząc w wieku zaledwie 53 lat. Shane był najbardziej znany ze swojego projektu Abyssic Hate, jak i również z tego, że był świetnym perkusistą.
Kiedy dotarła do mnie informacja o śmierci Shane’a, momentalnie powróciłem do jego jedynego pełniaka wydanego pod szyldem Abyssic Hate, oczywiście mowa tutaj o „Suicidal Emotions”. Jedna z lepszych rzeczy, jeśli chodzi o Black Metal, który wyszedł z Australii. Już po samej nazwie i okładce widać, że nie mamy tutaj do czynienia z lekkim i skocznym graniem. Suicidal Emotions chwyta nasze oko już samą okładką, przedstawiającą Einara André Fredriksena z norweskiego funeral doom/death metalowego zespołu Funeral.
Okładka jest cała w odcieniach szarości, pokazująca Einara bez koszulki, z głową spuszczoną w dół, i jego ciało, na którym jest ogrom ran ciętych. Einar 3 lata po zrobieniu tego zdjęcia popełni samobójstwo. I tak samo jak prezentuje się ten album wizualnie, tak samo brzmi. Riffy są hipnotyzujące, utrzymane głównie w średnich, melancholijnych tempach, bez żadnych zaskoczeń ani momentów, które wprawiłyby słuchacza w osłupienie. Granie jest tutaj bardzo równe i pomimo że jest to przybijająca muzyka, to Shane stworzył takie pasaże instrumentalne w tych czterech, lecz długich utworach, że w pewnych momentach aż chcemy, żeby ten jeden motyw, który słyszymy, grał wiecznie w naszej głowie.
I tutaj, tak jak już wspomniałem o długości utworów, bo każdy z nich trwa w przedziale od 7 do 12 minut, z ostatnią piosenką „Despondency”, która rozgrywa się na aż 17 minut, to właśnie długość tych utworów idealnie przedłuża nastrojowość i atmosferę beznadziei, która jest tutaj wszechobecna. Wokalnie nie spotkamy się z takim typowym zawodzeniem i jęczeniem jak w wielu wydawnictwach DSBM, aczkolwiek wokale, pomimo bycia bardziej zbliżonymi do klasycznych wokali Black Metalowych, są dalej spowite goryczą i niesmakiem życia.
Ciekawostką może być również fakt, że Shane Rout, pomimo bycia perkusistą, użył na tym albumie automatu do zrobienia perkusji. I właśnie przez to, że perkusja to tutaj automat, dodaje to jeszcze więcej klimatu i zagęszcza atmosferę swoimi repetytywnymi i mechanicznymi sekwencjami.
Definitywnie mogę polecić każdemu, kto lubi przeszywające granie, które w pewnych momentach zaszywa się aż pod skórę, album „Suicidal Emotions” wydany w 2000 roku nakładem No Colours Records. I myślę, że nie ma lepszej nazwy wytwórni do wydania tego albumu, bo kolory to ostatnie, co tu znajdziemy.
Shane Rout
1973–2026
