Dzisiaj zrobię skok w przeszłość, wracając aż do roku 1995 i do legendarnego już albumu z tamtych lat Thousand Swords. Myślę, że zespołu z Wrocławia, jakim jest Graveland, nie muszę nikomu przedstawiać, a na pewno nie osobom, które zawitały na naszą stronę. Darken w swojej karierze wydał wiele wpływowych krążków, które kształtowały w latach 90. polską scenę i nie tylko, ponieważ zespół ten jest rozpoznawalny na całym świecie i przez te wszystkie lata zyskali już pieczątkę jednego z najbardziej kultowych i rozpoznawalnych aktów wczesnej sceny polskiego black metalu.
W tej recenzji skupię się na, moim zdaniem, najlepszym albumie Graveland, jak i albumie, do którego wracam najczęściej z całej dyskografii. Przed Thousand Swords zostało wydanych sześć demówek i pierwszy pełnograj Carpathian Wolves. Jednakowoż to właśnie Tysiąc Mieczy kumuluje wszystkie najlepsze aspekty Graveland, które zostały zamknięte w dziewięciu utworach, przy czym intro i outro są krótszymi instrumentalnymi kompozycjami. Całość ta daje nam 46 minut perfekcji.
Wydanie to zaczyna się od intra, które od samego początku wprowadza nas w ponury i bitewny klimat. Następne piosenki tylko poszerzają spektrum tej atmosfery. Album ten jest spowity od góry do dołu brudnymi riffami, które przenikają przez nas niczym duchy naszych pogańskich przodków. Klimat tej antychrześcijańskiej wojny jest obecny od riffów, perkusji, aż po same teksty utworów i okładkę, która jest zaczerpnięta z najbardziej znanej sesji zdjęciowej Graveland, w pełnym uzbrojeniu i corpse paincie, głęboko w gęstym lesie.
Zaraz po gitarach najbardziej wyostrzone jak ostrze są gary, na których zasiadł Capricornus. Przedzierają się one w każdym utworze do tego momentu, że niemożliwe jest to, żeby noga nam sama nie chodziła do nadawanego w nich rytmu. Idealnie oddają to uczucie galopujących koni, które zmierzając na pole walki, wznoszą tumany kurzu, który zasłania wszystko, co miną.
Wokale Darkena to również istny symbol i znak jakości tego dzieła, powolne, naładowane złem i nienawiścią, idealnie kroczą w tych kompozycjach, oddając swoim wydźwiękiem mrok i opór starć, o których już wszyscy dawno temu zapomnieli. Świetnie użyte zostały tutaj również klawisze, które nie tworzą jakiejś słodko symfonicznej atmosfery, nie, one idą swoim spokojnym tempem gdzieś z tyłu, unosząc subtelnie tylko pogański herb.
Całości można słuchać w kółko bez ani chwili znudzenia lub znużenia tym krążkiem, a za każdym jednym odsłuchem odkrywamy coraz to więcej małych smaczków. Tytuł Thousand Swords idealnie obrazuje to wydawnictwo, tylko że na nim znajduje się dziewięć utworów, każdy jeden jak miecz, wykuty starannie w piekielnym ogniu, a ich ostrze mogłoby obciąć łeb niejednemu wyznawcy krzyża.
Album zwieńcza krótkie outro, które podsumowuje wszystkie poprzednie kompozycje, aura zakończonej już krwawej bitwy, po której pozostały jedynie trupy i pył dalej wznoszący się w powietrzu. Reasumując, nie myślę, że muszę jeszcze bardziej przedstawiać drugi album Graveland, totalna marka naszej sceny, z której powinniśmy być dumni.
Precision Mechanism / Made in Abyss