Cześć! Zgodnie z definicją ze Słownika Języka Polskiego, hekatomba to: 1) poświęcenie życia wielu ludzi dla jakiejś sprawy 2) zagłada wielkiej liczby ludzi 3) w starożytnej Grecji: pierwotnie ofiara ze stu wołów składana Zeusowi, później – każda większa ofiara ze zwierząt. Które rozumienie tego terminu jest Wam najbliższe? Jak wiele poświęcenia kosztuje Was tworzenie w gruncie rzeczy mało popularnej, niszowej muzyki, którą zrozumieć i docenić jest w stanie garstka maniaków?
Czołem! Rytuały i śmierć stanowią część całej otoczki w naszej muzyce. Pierwsza definicja, którą podałeś za pośrednictwem słownika chyba najlepiej odzwierciedla to, co dzieje się na poziomie merytorycznym w Hekatomb, ale uczciwie należałoby wspomnieć, że nie planowaliśmy i nie planujemy stosować nazwy kapeli jako jedynego wyznacznika i klucza do odczytania naszej twórczości. Granie w Hekatomb trudno natomiast traktować w kwestiach poświęcenia, bowiem robimy to, co najbardziej lubimy. Oczywiście, gdzieś trzeba uszczknąć wolnego czasu by spotkać się na próbie czy nagrać utwór, ale w życiu nie rozpatrywałbym tego w kategoriach poświęcenia czegokolwiek. Nie sądzę też, by popularność bądź jej brak miał jakiekolwiek dla nas znaczenie. Robilibyśmy to dalej, nawet gdybyśmy byli jedynymi odbiorcami naszej muzyki, choć dobrze słyszeć, gdy ktoś docenia to, co robimy.
Popularny portal Metal Archives identyfikuje ok. 20 składów z różnych stron świata noszących tę samą nazwę co Wy. Dlaczego zatem zdecydowaliście się na tak oklepany – choć dobrze brzmiący – szyld? No i dlaczego ta nazwa powinna pozostać przy Was?
W wybranym przez nas wariancie pisowni funkcjonują jedynie dwie inne kapele. Jedna nie nagrała nic od piętnastu lat, a druga to jakiś szwedzki heavy metal. Jest więc spora szansa, że wśród blackmetalowców będziemy głównymi beneficjentami nazywania się Hekatomb. A mówiąc poważniej, poszukiwanie nazwy trwało u nas bodaj dłużej, niż wymyślanie utworów. Jesteśmy wyjątkowo demokratyczną grupą o bardzo zróżnicowanych gustach i poglądach i ustalamy takie rzeczy dopiero przy – mniej lub bardziej wymuszonej – jednomyślności. Dobre brzmienie nazwy o której wspominasz, było jednym z argumentów, poza tym – o czym wspominałem powyżej – wcale nieźle pasowała do tekstów i atmosfery na demie. Osobiście nie przywiązuję większej wagi do kwestii popularności nazwy, podobnie jak do tego, z kim przede wszystkim będzie się ona kojarzyć. Nie ja zresztą będę o tym decydował, tylko ludzie, którym przypadnie – bądź nie – do gustu nasza działalność.
Pochodzicie ze Szczecina, miasta-legendy o olbrzymich tradycjach związanych z metalem. Swego czasu bardzo silna scena i nazwy takie jak choćby Merciless Death, Egzekuthor, Quo Vadis, a także prężna, liczna i agresywna ekipa wyjazdowa którą znał każdy bywalec koncertów na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego wieku. Czy miasto pochodzenia w jakikolwiek sposób odcisnęło swoje piętno na Waszych zainteresowaniach? Co obecnie dzieje się w Szczecinie? Jakieś godne polecenia zespoły, ziny, wytwórnie? Jak często odbywają się koncerty i jak się przedstawia kwestia frekwencji?
W czasach o których wspominasz, byliśmy dzieciakami mniej lub bardziej udolnie poszukującymi swojej drogi w życiu i znalezienia odpowiedniej do niej formy przekazu. Szczecin był, jak sięgam pamięcią, generalnie miastem o dużym zróżnicowaniu subkultur. Łatwo było, za pomocą starszego brata czy kolegi, poznać świat muzyki i związany z nim światopogląd, który pasował do naszej młodej świadomości i pragnień. Pod tym kątem rzeczywiście, można powiedzieć, że Szczecin ukształtował nas muzycznie, choć akurat nie za sprawą kapel, o których wspominasz. Swego czasu znaliśmy się prywatnie całkiem nieźle z niektórymi ekipami, ale nie sądzę, by którakolwiek z nich miała wpływ na nasze zapatrywania muzyczne. Zespoły, o których wspomniałeś rzeczywiście wiele wnosiły do rodzimej sceny, ale w tej chwili chyba nie pozostał po nich ślad ani godni następcy. Kiedyś, całkiem niedawno, były takie kapele jak Raped Christ czy Demon Vomit, gdybyś szukał czegoś ciekawszego. W tej chwili uczciwie powiem, że nie wiemy, co czai się w podziemiach szczecińskiej sceny, nie śledzimy tego zbyt zawzięcie. Jeśli chodzi o ziny, to z czystym sumieniem moglibyśmy zarekomendować „Widmo” czy „Kronikę Konfliktu”. Analogicznie, jeśli chodzi o wydawnictwo, godną uwagi wytwórnią jest BlackDeath Productions.
Black metal, gatunek jakim się paracie, anno 2020 to nic innego jak element popkultury. Ukazują się tysiące płyt udostępnianych na portalach streamingowych w Internecie, odbywają się dziesiątki festiwali i koncertów dla hipsterów i młodzieży alternatywnej którym towarzyszy przyjazna i pacyfistyczna atmosfera, gdzieś natomiast ulotnił się duch, radykalizm i pierwotne przesłanie tego elitarnego niegdyś gatunku. Gdzie zatem w tej układance widzicie miejsce dla takiego tworu jak Hekatomb? Kto jest najbardziej pożądanym odbiorcą Waszej twórczości?
Taka forma dystrybucji black metalu o której mówisz, wydaje się nieunikniona wraz z rozwojem technologii. Sami jesteśmy przykładem na to, że stosunkowo niewielkim nakładem finansowym, można wydać i rozpowszechniać materiał. Pamiętam czasy, kiedy pożyczoną od kumpla kasetę magnetofonową wałkowało się niemal bez przerwy tygodniami, dziś rzeczywiście trudno nadążyć za setkami nowych produkcji, w dużej mierze beznadziejnych. Wszystkie zalety i wady nowych technologii i łatwości transferu informacji wpływają tak na każdą dziedzinę działalności człowieka, nie sądzę by dało się przed tym do końca wybronić. Dodatkowo młodzi niegdyś radykałowie dorośli, pozakładali rodziny, rozmnożyli się i – co też jest nieuniknione – oklapli. Znowu, wydaje się, że to powolne wychodzenie black metalu z podziemia staje się nie do powstrzymania. Nie będę Ci jednak składał buńczucznych deklaracji, że Hekatomb będzie wiecznie strzegł piekielnych wrót do blackowego undergroundu. Mogę jedynie z całkowitą pewnością stwierdzić, że nie będziemy o takiego hipstera zabiegać. Gramy i będziemy przede wszystkim grać to, co odpowiada nam samym. Koniec tej zasady będzie oznaczał jednocześnie koniec Hekatomb. Nasz idealny odbiorca – idąc tym tokiem rozumowania – to taki zatem, którego poglądy i gusty będą zbliżone do naszych.
Wasz debiutancki materiał dotarł do mnie za sprawą Pawła, edytora Widmo zine (pozdrawiam!). Od niego dowiedziałem się również, że „niemłode z Was chłopaki”. Jako że w booklecie „Crone time comes. This life comes to an end” brak jakichkolwiek personaliów, czy możecie ujawnić je teraz, na łamach Cyrografu? Kim są ludzie tworzący Hekatomb? Czy jest to Wasz pierwszy zespół, a może udzielaliście się gdzieś wcześniej na niwie muzycznej?
Dobiegamy powoli czterdziestki. Nie jest to wiek, w którym rozpoczyna się z reguły przygodę z black metalem, ale też trudno byłoby nas określić mianem dinozaurów. Nie jest to powiązane z żadną ideologią, modą czy zabiegiem artystycznym, ale swoich personaliów nie podawaliśmy celowo i pozwolisz, że nie zrobię też tego teraz. Dość powiedzieć, że kilkanaście lat temu rzeczywiście każdy z naszej czwórki gdzieś faktycznie udzielał się w rozmaitych kapelach. To były fajne czasy, ale, tworząc Hekatomb, chcieliśmy zacząć z czystą kartą, bez dawnych powiązań. I jako, że nie mamy specjalnego parcia na autoprezentację, wybraliśmy wersję, w której za nasze imiona bądź pseudonimy przemawia sama muzyka, teksty i oprawa.
„Crone time comes. This life comes to an end” wydaliście własnym sumptem. Od strony wizualnej Wasz debiut prezentuje się bardzo okazale. Obszerna, 12-stronicowa książeczka wydrukowana na lakierowanym papierze z tekstami i ilustrującymi je zdjęciami. Odeszliście również od klasycznej dla gatunku czerni i bieli, stawiając na eleganckie zestawienie czerwieni i złota. Ktoś Wam pomagał w przygotowaniu oprawy graficznej, czy wszystkim zajęliście się sami? Chcieliście się wyróżnić na tle innych zespołów czy tak po prostu wyszło?
Dzięki za dobre słowo! Mamy szczęśliwie możliwość dostępu do dobrej jakości druku oraz zdolnego człowieka, który się tym zajmuje. Czerwień i złoto pojawiły się jako alternatywa dla wspominanej przez ciebie klasycznej palety i zdecydowaliśmy się ostatecznie (ale po długotrwałych sporach) na wersję, którą otrzymałeś. Nie sądzę, by jakimś priorytetowym czynnikiem była chęć wyróżnienia się na tle innych, choć osobiście się cieszę, że na naszym debiucie odeszliśmy od utartego – i nieco sztampowego – wzorca. Najzwyczajniej, przypadła nam do gustu taka kolorystyka, choć nie sądzę, żebyśmy na kolejnych materiałach mieli się jej dalej trzymać.
Okładkę „Crone time comes. This life comes to an end” zdobi obraz „La bruja/The witch” włoskiego malarza z epoki baroku, Salvatora Rosy. Dlaczego akurat to dzieło i ten artysta? Nie obawiacie się, że jakiś inny wykonawca również po niego sięgnie?
Próbowaliśmy dopasować okładkę do tytułu płyty, oto cała tajemnica. „La bruja”, prezentująca całkiem nieźle jego wizualizację, pojawiła się wśród wielu propozycji. Jedyne czego byliśmy w miarę pewni to to, że na okładkę powinien trafić jakieś malarskie dzieło i kiedy tylko któryś z nas znajdował jakąś inspirację, dzielił się nią z innymi. Podobnie jak niemal wszystko w Hekatomb jest to efekt długo wypracowywanego kompromisu i, patrząc teraz na okładkę naszego dema, uważam, że to był dobry wybór. A kwestia tego, czy ktoś inny wykorzysta „naszą” okładkę? Na to nie możemy mieć już wpływu, ale nie sądzę, by nas to specjalnie obchodziło, my też nie jesteśmy w końcu autorem tego dzieła.

Bardzo podoba mi się Wasze logo, a także sigil – jego skrócona wersja. Kto jest autorem tych jakże udanych projektów graficznych ? Jakbyście zareagowali, jakby jakiś psycho fan Hekatomb (są tacy?) wytatuował sobie takowy np. na przedramieniu?
Zarówno za grafikę, zdjęcia jak i samo logo odpowiada jeden z nas. Koncepcja ambigramu dla naszego logo pojawiła się gdzieś na samym początku naszych poszukiwań, kiedy już byliśmy przekonani co do nazwy zespołu. Też należę do grona ludzi, którym to logo się podoba, zwłaszcza, że byłem również świadkiem procesu jego powstawania. Nie wiem czy bardziej zaskoczyłaby mnie informacja, że mamy jakichkolwiek fanów, czy to, że ktoś chciałby sobie tatuować nasz sigil. Podobnie jak nie jestem pewien, czy życzyłbym takiemu delikwentowi szczęścia w życiu, czy wysłał na pilną obserwację do zakładu zamkniętego.
Żeby nie było aż tak bardzo różowo, kamyczek do ogródka moim zdaniem stanowi nośnik, a konkretnie cdr. Dlaczego zdecydowaliście się na ten nośnik? Nie lepiej by było wysupłać nieco grosza więcej, tudzież poszukać wydawcy który zaoferowałby tłoczony CD?
Rozważaliśmy tłoczenie płyt, ale zadecydował przede wszystkim czynnik finansowy. W czasach, kiedy mieliśmy już w planach nagranie i wydanie materiału własnym sumptem, każdą złotówkę woleliśmy raczej przeznaczać na kolejne elementy wyposażenia studyjnego i ostatecznie wybraliśmy taką a nie inną formę zapisu. Nie jest jednak powiedziane, że kolejne materiały nie będą się ukazywały na innym nośniku niż CD-R, czas pokaże.
Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę przy kwestiach wydawniczych. Co Was skłoniło, aby debiutancki materiał wydać własnymi siłami? Czy żaden wydawca nie był nim zainteresowany? A może postanowiliście mieć pełną kontrolę nad całym procesem i nikt spoza Waszego kręgu nie był w związku z tym potrzebny?
Dość szybko pojawił się pomysł, by wszystko nagrywać i wydawać na własną rękę. Naturalnie, wiele wskazuje, że można by zrobić ten materiał lepiej, zwłaszcza, że wciąż nabywamy doświadczenia w tej materii. Prawdopodobnie upłynie wiele wody (czy co tam teraz nią płynie) w Wiśle nim osiągniemy poziom, który cechuje dobre studia nagraniowe, ale nie przeszkadza nam to. Świadomość, że nie jesteśmy od nikogo w żaden sposób zależni oraz że na wszystko to my i tylko my mamy ostateczny wpływ, jest dużo ważniejsza od doskonałego brzmienia czy promocji materiału.
Debiutancki materiał Hekatomb cechuje czytelne, acz nie pozbawione właściwej dawki brudu brzmienie. Hekatomb headquaters to Wasza sala prób, zgadza się? Czy na potrzeby sesji nagraniowej zaimprowizowaliście studio, czy też warunki jakimi dysponujecie były wystarczające, aby nagrać przyzwoicie brzmiący materiał? Grywacie regularne próby w pełnym składzie?
Tak, Hekatomb Headquaters to zaimprowizowana nazwa dla naszej sali prób. Z każdym kolejnym miesiącem staramy się dopasowywać jej możliwości do stworzenia w miarę przyzwoitego miejsca do nagrań. Wciąż jeszcze prawdopodobnie nie dotarliśmy do miejsca, które satysfakcjonowałoby nas w pełni, ale sami widzimy, że z każdym dodanym gadżetem idzie nam coraz lepiej. Mam nadzieję, że będzie to słyszalne w kolejnych materiałach. Spotykamy się w pełnym składzie stosunkowo rzadko, wynikającym z rozmaitych, czysto prozaicznych powodów. Na szczęście jesteśmy w stanie porozumiewać się w międzyczasie przy użyciu rozmaitych mediów, więc ciągle posuwamy się do przodu, choć raczej nikt z nas nie myśli poważnie np. o graniu koncertów.
Słucham Waszego debiutu raz za razem i trudno mi wskazać bezpośrednie inspiracje Hekatomb, choć nie mogę wyzbyć się wrażenia, że to wszystko już gdzieś słyszałem. Jednego natomiast jestem pewien: nad Waszą twórczością subtelnie i zwiewnie unosi się duch Mayhem. Na ile zgadzacie się z moim wywodem? Gdzie jeszcze odnajdujecie inspiracje dla Waszej twórczości?
Trudno się dziwić Twojej interpretacji, bo wielki wpływ na „Crone Time Comes...” miała muzyka, która od niemal dwóch dekad wypełnia nam głowy i od której nie mogliśmy się uwolnić, tworząc riffy na nasze demo. Mayhem to jeden z tych zespołów, który odmienił nasze spojrzenie na ekstremalne formy muzyki w najsilniejszy sposób, naprawdę trudno uwolnić się od wpływu, który wywarł na nas wiadomy album Norwegów. W naturalny sposób należałoby doliczyć do tego jeszcze, bez niespodzianki, Burzum, ale całe nasze demo w naturalny sposób pokrywa cień, który rzucili na nas tworzący w tamtych czasach giganci gatunku. I o ile kolejne, obecnie przez nas tworzone, utwory noszą w sobie nieco więcej inspiracji nowszymi dokonaniami na tym polu, to szczerze wątpię, byśmy kiedykolwiek uwolnili się w pełni od tego ducha lat dziewięćdziesiątych, do czego zresztą wcale nie dążymy.
W trakcie odsłuchu największe wrażenie zrobił na mnie ostatni numer, długi bo trwający ponad 9 minut i z lekka transowy „Sacrament inverted”. Czy jest to zarazem drogowskaz odnośnie kierunku w jakim rozwinie się Wasza twórczość? Nie obraziłbym się.
Materiał muzyczny w Hekatomb tworzą od samego początku dwie osoby, całkiem niezależnie od siebie. Można zatem z czystym sumieniem powiedzieć, że przynajmniej w połowie kolejne materiały będą podążały ścieżką wyznaczoną przez „Sacrament Inverted”. Tworząc „Crone Time Comes...” tak naprawdę błądziliśmy trochę po omacku, szukając stylu i technik gry, w których czulibyśmy się dobrze. Na kolejnych materiałach przeważać będą równie długie utwory, w której tego transowego stylu i gęstej atmosfery będzie dużo więcej. Z pewnością będą też bardziej spójne, niż to, co zaprezentowaliśmy na demo.
Za sprawą „Crone time comes. This life comes to an end” zabieracie Waszych słuchaczy w „niepokojącą, metaforyczną podróż do świata szaleństwa, zgnilizny i bezbożnych rytuałów”. W jaki sposób odbiorcy powinni się do niej przygotować? Na co zwrócić uwagę, czego unikać? Czy z tejże podróży powrócą o zdrowych zmysłach?
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że ci, którzy do takiej podróży z własnej woli przystąpią, najprawdopodobniej będą zdrowych zmysłów w dużej mierze pozbawieni już na starcie. To tylko pozorny żart, ekstremalny metal w zdecydowanej większości przyciąga do siebie osoby, których postrzeganie świata różni się od tego, które reprezentuje przeciętny zjadacz chleba, a – w moim przekonaniu – szczególnie black metal jest predysponowany do tego, by oferować swoim odbiorcom niepokojący – odmienny od codziennej, przyjaznej i oswojonej rzeczywistości – obraz czy to wiary, czy duchowości, czy mistycyzmu. Jestem przekonany, że nasi towarzysze podróży będą dobrze przygotowani do wędrówki po wizjach, które przygotował im Hekatomb. Sytuacją idealną byłaby taka, gdyby naszym odbiorcom udało się ujrzeć je, tak jak widzimy je my. A czego unikać? Największym wrogiem takiego stylu pisania tekstów i tworzenia muzyki jest banał. Żywię głęboką nadzieję, że jest go jak najmniej, ale nie do mnie należy tu ocena.

Magia rytualna…Jeden z moich przyjaciół zagadnięty w tym temacie odpowiedział, że niektórzy w celu wytworzenia odpowiednich wibracji potrzebują niemal teatralnych rekwizytów i oprawy, inni substancji o działaniu psychodelicznym, zaś jeszcze innym w zupełności wystarczy ostry nóż (pozdrowienia S.!). Jak to jest w Waszym przypadku? Interesujecie się tym zagadnieniem? Macie doświadczenia, którymi zechcielibyście się podzielić?
Nie praktykowałem nigdy magii w żadnej z jej form i nie mam takiego zamiaru, nie jestem zatem w stanie wypowiedzieć się na ten temat od strony praktycznej. W moim konkretnym przypadku wystarczy zupełnie to, co siedzi w mojej głowie. Nie zmienia to jednak nic w mojej ocenie samego rytuału, który uważam za bardzo intrygujące zjawisko. Fascynuje mnie dwoistość rytuału, jego społeczny, konsolidacyjny aspekt oraz ta niezwykła intymność obcowania z czymś większym od samego siebie. Człowiek ma wrażenie, że uczestniczy w czymś jednocześnie ustalonym, trwałym, skostniałym (kiedy na przykład dziesiątki osób powtarzają konkretny tekst, śpiewają pieśni, wykonują te same czynności) oraz świeżym i unikalnym (bo każde misterium ma w sobie coś niepowtarzalnego). Rytuały są i będą – w warstwie lirycznej – stałym elementem twórczości Hekatomb, tyle mogę na tę chwilę powiedzieć z całkowitą pewnością.
Matka żalu („Mother of grief”), kostucha, śmierć. Temat tabu w tzw. kulturze zachodniej (katolicyzm głoszący, iż człowiek to jedność duszy i ciała), w przeciwieństwie do np. wierzeń kultywowanych we wschodniej części naszego globu (np. buddyzm, hinduizm). Czy któraś z koncepcji śmierci jest dla Was szczególnie interesująca? Portal do innego świata, nieuchronny koniec końców, a może coś zupełnie innego? Czy istnieje życie po śmierci?
Jeden z najciekawszych tekstów polskiej (fakt, że świeckiej) literatury średniowiecznej „Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” pokazuje Śmierć w sposób bliski temu, jaki został zaprezentowany na „Mother of Grief”. Nie mam oczywiście na myśli obecnego w tym pierwszym humoru czy oceny ówczesnego społeczeństwa. Chodzi mi o przybliżenie nam samej Śmierci, nie tyle oswojenie, co jej zrozumienie, docenienie być może nawet uwielbienie. W przypadku mojego tekstu mamy wprawdzie do czynienia z kimś obłąkanym, kto pragnie oddać się z jakiegoś powodu w matczyne objęcia Kostuchy, ale przyczynek do stworzenia go był – jak sądzę – podobny. Śmierć jest w mojej ocenie ostatecznym uosobieniem i kwintesencją sprawiedliwości, ale bywa też ukojeniem, lekiem na cierpienie, wybawicielką dla udręczonej duszy. Bardzo lubię wątki związane z danse macabre, zarówno w estetycznym jak i socjologicznym ich rozumieniu i tak chciałbym przedstawiać Śmierć w swoich tekstach. Wyjątkowo interesujący wydaje mi się też kobiecy, matczyny aspekt zjawiska w naszej kulturze (choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że u Anglosasów Śmierć jest rodzaju męskiego, nie wykluczam zatem, że kolejne teksty w tej tematyce będą napisane w ojczystej mowie). Natomiast zupełnie nie dociera do mnie reinkarnacja i wszelkie jej odmiany w kulturach Wschodu. Nie wiem, czy posiadam duszę, ale jestem pewien, że posiadam świadomość, którą traci się – według tych wierzeń niemal w stu procentach – podczas wstępowania w nowe ciało. Nie interesuje mnie zachowanie za wszelką cenę tej pierwszej gdy przejdę na tamten świat, ale napawa mnie lękiem myśl, że mógłbym stracić poczucie tego, kim jestem. Myślę, że to nas najbardziej przeraża w umieraniu – obok lęku o naszych bliskich – poczucie, że nie będzie tego istnienia, które nazywamy naszym „ja”. Bardzo chętnie zamieniłbym całe cykle reinkarnacji na wieczność błąkania się po świecie jako bezcielesne, ale świadome widmo. Dodam jeszcze, że zanim oddałem Ci odpowiedzi na Twoje pytania, otrzymałem od jednego z nas – znacznie lepiej ode mnie zorientowanego w rodzimowierczej tradycji – bardzo ciekawą, słowiańską interpretację reinkarnacji, w której istnieje, w moim rozumieniu, rozdział między życiem, które – oddając się śmierci – wraca do odwiecznego cyklu Natury a jaźnią, która zajmuje miejsce w zaświatach pomiędzy naszymi Przodkami i posiada pełne cechy naszej osobowości. Jak można się domyślać, jest to definitywnie bardziej akceptowalna forma pojmowania reinkarnacji. Tak się akurat składa, że oba te koncepty – śmierci jako potencjalnego zaczątku życia oraz toposu wędrówki duszy – będą mocno zaakcentowane w naszym kolejnym materiale. Być może jest to przypadek.
Niezależnie od szerokości geograficznej, doczesną życiową wędrówkę kończy pochówek. Jak wiele koncepcji śmierci, tak wiele form ceremonii pogrzebowych: od grzebania zwłok w ziemi zamkniętych w drewnianej trumnie począwszy, poprzez kremację, zachowywanie fragmentów ciał, na tybetańskim podniebnym pogrzebie skończywszy. Skąd aż taka pomysłowość i różnorodność w kwestii towarzyszenia bliźnim w ostatniej drodze? Czy takowa bądź zbliżona tematyka pojawi się w przyszłości w warstwie tekstowej Hekatomb? Słyszeliście podwójny album „The history of death & burial rituals” czeskiego deutu Death Karma? Jeśli tak – co o nim sądzicie Czy któraś z „egzotycznych” form pochówku wydaje się Wam w szczególności szokująca, odrażająca bądź niedorzeczna z europejskiego punktu widzenia?
Intencjonalne grzebanie zmarłych jest cechą charakterystyczną dla naszego gatunku (a także dla naszych wymarłych kuzynów, neandertalczyków). Nie znam religii, która nie odnosiłaby się w mniej lub bardziej zintensyfikowany sposób do kwestii śmierci oraz zachowania się wobec zmarłego (więcej, czyni to nawet antyreligijny marksizm, jeśli spojrzeć na atencję, jaką wyznawcy darzą moskiewską mumię proroka tej ideologii). Gdybym miał jednak stawiać hipotezę, dlaczego i w tak rozmaity sposób obdarzamy naszych zmarłych czcią, wybrałbym metodologię antropologiczną i socjologiczną, nie religijną, ponieważ jest to cecha uniwersalna w kulturze ludzkości. Najprostszym wyjaśnieniem byłby wyjątkowo skomplikowany system relacji społecznych człowieka. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości świata zwierząt, drugi człowiek nie jest dla nas jedynie reproduktorem genetycznych danych. Nasz pojemny mózg jest w stanie gromadzić setki wspomnień o członkach naszego kręgu. Dbając o zmarłych, dbamy też o to by pamięć o nich nie została zatarta. Oddajemy im hołd ponieważ mimo braku ich cielesnej obecności, w naszej pamięci wciąż istnieją niczym żywe istoty. Zapomniana już bodaj gałąź nauki, zwana memetyką, posiada warsztat metodologiczny który dość zgrabnie potrafiłby ubrać mój koncept w słowa, ale raczej nie miejsce na to. Przywiązaniem do tych, którzy odeszli, tłumaczyłbym słuszną wagę którą poświęcamy umarłym oraz ich ostatniej drodze.
Jeśli zaś zastanowić się nad różnorodnością pochówków, to są one raczej dyktowane czynnikami praktycznymi. W wilgotnych warunkach kremacja sprawdza się dużo lepiej niż grzebanie zwłok, które to z kolei ulegają naturalnej mumifikacji w rejonach suchych. Obserwacja różnorodności i pomysłowości ludzkiej w tej dziedzinie jest fascynująca, zwłaszcza samych zwyczajów obrzędowych, które – dzięki religijnemu pierwiastkowi – już tego pragmatyzmu nosić nie muszą. Death Karma jest zespołem który w chwili odpowiadania na Twoje pytanie sączy się z moich głośników, ale przyznaję, że jest to mój pierwszy z nimi kontakt. Z tego powodu nie mogę powiedzieć na temat samej muzyki nic ponad to, że dam ich płytom drugą i trzecią szansę. Sam koncept zaś, którzy obrali sobie Czesi, uważam za znakomity. W tej chwili mogę powiedzieć z całkowitą pewnością, że kolejne wydawnictwa Hekatomb również będą nosiły znamiona albumu koncepcyjnego, choć nie będzie to dokładnie w tej formie, o którą pytasz. Uważam, że stworzenie całego materiału, poświęconego jakiejś idei to fantastyczna forma ekspresji, we wszystkich jej warstwach. I choć oczywiście nie mogę wykluczyć, że kiedyś przyjdzie nam do głowy zrobić coś podobnego do świetnego pomysłu Death Karmy, to na pewno kolejne lata będą oscylować według nieco innych koncepcji.
W kwestii ostatniego zagadnienia, nie będę z pewnością oryginalny, jeśli zwrócę uwagę na indonezyjski lud Toraja, którzy trzyma zwłoki bliskich w swoich domostwach. Trudno mi określić, czy przyczyną mogą być moje europejskie korzenie czy zwyczajnie zmienia mi się z wiekiem wrażliwość, ale widok małej dziewczynki, tulącej do siebie czule truchło (prawdopodobnie) siostrzyczki dość długo odbijał się po wewnętrznej stronie moich powiek. Oczywiście, że rozważałem napisanie o tym kilku tekstów do Hekatomb, ale – szczęśliwie bądź nie – znaleźliśmy w międzyczasie inne koncepty.
Dopełnienie Waszych teksów stanowią złowieszcze, chorobliwe, mocno sugestywne fotografie, w mojej ocenie ułatwiające uchwycenie przesłania Hekatomb. Skąd pomysł na taki zabieg? Gdzie się odbyła sesja zdjęciowa i jak wyglądały jej kulisy?
Twoja ocena jest jak najbardziej trafna, ponieważ naszym zamierzeniem było stworzenie wizualnej interpretacji tekstów na „Crone Time Comes...”, wydało nam się to interesujące i na swój sposób wnoszące dodatkowe walory do całościowej oprawy. Autorem zdjęć jest ta sama osoba, która zajęła się całą warstwą graficzną; jak wspominałem, jest to jeden z nas. Wspólnie ustaliliśmy w jaki sposób można by zobrazować zawarte na płycie liryki. Miałem też przyjemność asystować w robieniu tych zdjęć, wczesnym świtem, wśród ruin położonej na peryferiach Szczecina przedwojennej wieży.
Krew, zgnilizna, robactwo, kielichy i świece…To już było, to jest niemodne, czemu nie kiepy, butelki po wódce i jakaś oszczana brama w szemranej dzielnicy? Jak się zapatrujecie na tzw. miejski black metal? Młodzież to kupuje…
Dzięki Twojemu pytaniu dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak miejski black metal; szczęśliwie reszta hordy jest lepiej ode mnie zorientowana w temacie. Po tym jak poznałem przykładowe nazwy reprezentantów gatunku dowiedziałem się też, czemu nie interesowałem się zjawiskiem. Nie mam zamiaru nikomu narzucać formy w jakiej ma zamiar wyrażać swoją ekspresję, ale moim zdaniem są lepsze odmiany metalu do prezentowania tego typu estetyki. Może gdybyśmy grali jakiś thrash pokusilibyśmy się o coś takiego, ale nic nie wskazuje byśmy kiedykolwiek mieli zacząć podążać w tym kierunku. Black metal ma specyficzną konwencję, rządzi się swoimi regułami i – choć oczywiście można owe reguły naginać bądź zmieniać w granicach zdrowego rozsądku – nie przewiduję, żebyśmy kiedykolwiek mieli przestać być niemodni. I nie będę obrażał Twojej inteligencji pisząc, co sądzę na temat przejmowania się tym, czy kupuje nas młodzież.
Jaki jest odzew słuchaczy na Waszą muzykę? Natknąłem się w sieci na dwie raczej pozytywne recenzje i to wszystko. Wygląda na to, że specjalnie nie zabiegacie o atencję, a kto ma poznać Hekatomb i tak pozna, zgadza się? Jak sprzedaje się płyta? Macie więcej zamówień na wersję wydaną przez Was czy pobrań z bandcampa?
Osobiście przyznam, że odzew jest większy niż się spodziewałem. W dalszym ciągu jest on oczywiście mikroskopijny, ale trudno oczekiwać czegoś po tak niszowym gatunku muzycznym, zwłaszcza gdy z każdej strony zalewają nas codziennie nowe produkcje. Wyprodukowaliśmy zaledwie sto krążków, kilka porozsyłaliśmy po różnych wytwórniach, dużą pomoc uzyskaliśmy od Pawła z „Widmo zine” (również pozdrawiamy!), trochę rozeszło się dzięki łączom internetowym. Nie podam Ci dokładnych liczb, ale myślę, że zarówno dla transferu sieciowego i fizycznego nośnika są one podobne. Naturalnie, sporo ludzi odsłucha sobie nasze utwory bez bezpośredniego pobrania, więc ciężko mi jest określić, jaki zasięg osiągnęło nasze demo. Raczej wychodzimy z założenia o którym wspomniałeś: kto będzie miał chęć nas poznać, zrobi to. Nie jesteśmy głupi ani zadufani w sobie, nie liczymy na niebotyczne zasięgi odbioru. Fakt, że pojawiają się z nami wywiady, jak niniejszy, jest dla mnie nawet w pewien sposób zaskakujący. Skłamałbym jednak mówiąc, że jest mi to całkiem obojętne, zawsze dobrze jest usłyszeć, że wykonało się pracę, której nie należy się wstydzić.
Myślicie już o następcy „Crone time comes. This life comes to an end”? Czego się po Was spodziewać, rozwinięcia stylu który poznaliśmy na debiucie, czy też należy oczekiwać nieoczekiwanego?
Wspominałem już, że „Crone Time Comes...” to materiał tworzony trochę na ślepo. Staraliśmy się nie kierować przy jego tworzeniu żadnymi utartymi ścieżkami; raczej rzucaliśmy kolejne riffy na taśmę i patrzyliśmy, co się z nimi stanie. Dla przykładu, jeden z utworów na demie to dwa sklejone ze sobą kawałki; pierwsze, które w ogóle zaistniały w naszych dokonaniach. Z naszej perspektywy jest to zamierzchła przeszłość, obecnie koncentrujemy się na bardziej koherentnym materiale (choć wciąż komponowanym przez dwóch różnych ludzi; owa różnica będzie zresztą bardziej słyszalna na kolejnych płytach), zarówno w sensie tworzonej atmosfery, tematyce i warstwie tekstowej. W przeciągu najbliższych miesięcy powinna się ukazać kolejna EPka, na tę chwilę roboczo zatytułowana „Shade of Life/Light of Death”, w dalszych planach chcielibyśmy się skoncentrować na pełnowymiarowym albumie. Z mojej perspektywy nadchodzący materiał będzie zdecydowanie bardziej spójny niż ten, który reprezentuje nasz debiut, ale ostateczną jego ocenę wystawią, jak zwykle, odbiorcy.
To wszystko. Dziękuję za poświęcony czas. Wasze ostatnie słowa dla czytelników Cyrograf zine?
Wielkie dzięki za wywiad, wsparcie i potężny wkład włożony w pytania! Wszystkim tym, w których gusty trafił nasz album dziękujemy tak samo i do zobaczenia przy kolejnym materiale!
Szakal FHR
Wywiad pierwotnie ukazał się na łamach Cyrograf zine.