Do DSBM mam bardzo często mieszane uczucia, w szczególności do tych nowszych tworów ostatnich lat, które wręcz wysrywają z siebie ponadgodzinne albumy z okładkami przedstawiającymi zdjęcie jakiegoś samobójcy znalezione w internecie o czwartej nad ranem, z jakże smutnymi i poruszającymi tekstami o zerwaniu z dziewczyną i tym podobne. I wiadomo, mam parę zespołów z tego podgatunku, które bardzo cenię i lubię, a nawet często do nich wracam, ale jeśli mowa o ogóle DSBM, to ani nie śledzę nowości z tych zakątków, ani też nie doszukuję się na siłę jakichś wodotrysków.
Jednak ostatnimi dniami moją uwagę bardzo przykuł amerykański projekt Veil i jego album Sombre, wydany w 2008 roku nakładem rosyjskiej Stellar Winter Records. Patrząc również na skład tego zespołu, spotykamy tutaj dwójkę ludzi: Stolzträgera, odpowiedzialnego za instrumenty, oraz Thurisaza za wokale. Dwójkę tę znałem przedtem z ich drugiego projektu Xenophobia, w którym brali udział. Xenophobię i EP-kę Reclaiming Celtic Glory uwielbiam, więc gdy przyglądałem się Veil, już nawet przed pierwszym odsłuchem wiedziałem, że będzie to coś wartego mojego czasu. No i tutaj już zaznaczę, że nawet w najmniejszym stopniu się nie myliłem, a wręcz byłem zachwycony.
Pierwsze, co od razu rzuca nam się w oczy na plus, to na pewno fakt, że nie próbują oni na siłę przyciągnąć słuchacza jakimiś tragicznymi zdjęciami pobranymi ze stronek, gdy akurat mama wyszła z pokoju, a ich teksty nie opierają się na tym już klasycznym w DSBM marazmie i płakaniu w poduszkę, które w pewnych momentach sięga zenitu żenady. Tematy, w których się tu głównie poruszają, to natura, rodzimowierstwo i dziedzictwo swoich przodków. Warto też zaznaczyć, że na Metal Archives zespół jest opisany jako Depressive Black Metal, bez dodatku „Suicidal”, i faktycznie nie ma tu, tak jak już wspominałem, tego płakania w poduszkę, ale element depresyjny dalej jest bardzo wyraźny.
Jednak nie jest to taka cienka depresja połączona z równie cienkimi rozwiązaniami muzycznymi. Tutaj gitary grają praktycznie cały czas jednym, średnio wolnym tempem, tworząc i zabierając słuchacza momentalnie w ten wir riffów, które zostają w naszej pamięci na długo. W połączeniu z tym mamy tu również wiele przepięknych melodii zagranych na czystym brzmieniu, dodających masę melancholijnej atmosfery do tego wszystkiego. I to właśnie te aspekty głównie wiodą prym na tym albumie.
Wokale są bardzo cierpkie i wręcz oddają takie odczucie, jakby były schowane za tymi wszystkimi gitarami i perkusją, próbując się wyrwać z cyklu życia, jednak upadając za każdym razem. Owe wokale nie są jednak obecne cały czas. Tak jak mówiłem, głównie prowadzą tu riffy i gary, a wokale działają jako taki dodatek, tworzący jeszcze bardziej wyizolowany klimat. Każda piosenka brzmi niby bardzo podobnie na pierwszy rzut oka, ale jednak gdy wczuwamy się w to bardziej, każda kompozycja staje się oddzielną historią, z tak mizantropijnymi riffami, od których wręcz nie chce się oderwać.
Warstwa liryczna tylko domyka świetność tego krążka, prosta, lecz dalej uderzająca i, co najważniejsze, pokazująca, że nie trzeba śpiewać o morzach łez wylanych, bo mama dała szlaban na komputer, żeby stworzyć coś, co pięknie zgrywa się z depresyjnym Black Metalem. Choć teraz, nawet jak przytoczyłem tę nazwę „Depresyjny Black Metal”, to mnie trochę wykręciło, ale no nic. Myślę, że w przypadku Sombre ciężko inaczej określić ten styl.
Album idealnie sprawdza się na samotne spacery w mglistą i równie ponurą jak ta muzyka pogodę. Bardzo polecam, bo mało kiedy znajduję w tych klimatach coś, co mi tak odpowiada na każdym poziomie.