Nyctophilia i Thurthul to dwa różne projekty muzyczne. Dzieli je wiele, ale jest jeden wspólny łącznik. Mowa oczywiście o osobie Griefa, który w obu przypadkach jest mózgiem, założycielem, wykonawcą i jedynym członkiem. Grief jest także osobą wygadaną, szczerą i mającą sporo do powiedzenia na różne tematy, nie tylko te dotyczące muzyki. Dowodem jest poniższa rozmowa, na którą chętnie przystał.

Witaj Grief, dzięki, że zgodziłeś się na rozmowę. Wypada zacząć od trywialnego pytania o początki Twojej kariery muzycznej. Co Cię skłoniło do realizacji swoich pomysłów muzycznych i dlaczego wkrótce po powołaniu do życia Nyctophilii postanowiłeś uderzyć z Thurthul? Opowiedz o swoich początkach, żeby czytelnicy mieli pełen przegląd sytuacji.
Witam wszystkich. No to od początku… Chyba jak u większości zaczęło się głównie od tego, że absolutnie pochłonął mnie metal, miałem około 14 lat kiedy zacząłem słuchać zespołów takich jak Slayer czy Sepultura, ale dość szybko odkryłem black metal, a tak naprawdę na początku symfoniczny black metal (Limbonic Art, Dimmu Borgir). Zawsze lubiłem muzykę z klimatem i atmosferą, więc nic dziwnego, że tak mocno wciągnął mnie ten gatunek. Dość szybko też zacząłem szukać coraz mocniejszych doznań i większego pierdolnięcia (śmiech), więc dokopałem się do chociażby Burzum no i wtedy zaczęło się już na maksa. W black metalu przyciągnęło mnie też to jak mocno stawiano na filozofię i ideologię, która szła w parze z muzyką, dla zagubionej duszy wprost idealny schemat. Mieliśmy grupkę znajomych, z którymi się szwendało, każdy z nas miał „zajawkę”, więc szybko pojawił się pomysł, że trzeba coś pograć, a że każdy grał albo na basie, albo na gitarze, stanęło na mnie jako bębniarzu. Niestety wyszło, że moim znajomym brakowało zapału, ja po prostu chciałem nagrywać i wydawać muzykę, nieważne czy była chujowa czy trochę dobra (śmiech). Gdy zdałem sobie sprawę, że „kij” będzie z tego grania, zrozumiałem, że liczyć mogę najbardziej na siebie, a że już wtedy uczyłem się wokalu i pisałem teksty, po prostu kupiłem gitarę i zaczęłam grać. Tak naprawdę na pierwszych materiałach Nyctophilii nie umiałem grać na gitarze praktycznie wcale. Nyctophilia bardziej odzwierciedla moją podróż jako muzyka, jest bardzo personalna, traktuję ją jako przekaźnik tego co siedzi we mnie, w duszy.
Thurthul to już inna sprawa, był świadomy w 100%, wiedziałem jaki ma być, co przekazywać. W Nyctophilii przez to, że zawsze stawiałem na atmosferę, zrozumiałem, że nie przedstawię wszystkiego tego jak i co chciałbym grać. Stąd Thurthul, wtedy zaczynałem również mocno interesować się historią i polityką, co mocno zaważyło na tym jak ukierunkowałem Thurthul. Pamiętam, że zaczęło mnie też mocno denerwować (i denerwuje nadal) jak porównywałem sobie jaki black metal był kiedyś, a jaki się stawał. Thurthul to po prostu moje „fuck off” dla tych wszystkich, którzy kompromitują black metal i idą ścieżką kompromisów („o bo to nie wypada, co powiedzą ludzie” „a czy ten dźwięk będzie się podobał”) itd.
Zanim przejdziemy do Twoich obecnych projektów, pogrzebmy jeszcze nieco w historii. Należy w tym miejscu wspomnieć o dwóch innych (po)tworach. Mowa o Na Dnie i Baphometic Deathslaught. Powiesz coś więcej o nich? W obu nie byłeś jedynym członkiem.
Zgadza się, Na Dnie i Baphometic Deathslaught to były jedyne przypadki, w których współpracowałem z kimś przy muzyce. Na Dnie powstało głównie z inicjatywy K., który obecnie, z tego co wiem, robi Kryptę Nicestwa, ja w Na Dnie robiłem wokale i perkusję. Była to dobra odskocznia od potrzeby „pisania” gitary i kompozycji utworów, klimat wypracowaliśmy razem, od razu wiedzieliśmy, że będzie to totalne podziemie, totalnie mizantropijny projekt, może odrobinę szczeniacki, ale kurde mieliśmy po naście lat wtedy (ja 19). Miałem wtedy bardzo najebane w głowie. Kontaktowaliśmy się głównie przez internet, nigdy się nie spotkaliśmy, a jednak to działało, album „Winter of Contemplation” wyszedł nawet w Hell is Here. Po paru materiałach jednak to K. zrezygnował z dalszego tworzenia tego projektu i uznaliśmy, że najlepiej będzie zakończyć ten projekt. Na Dnie to po prostu był taki jednorazowy strzał, można powiedzieć, ze specyficznymi emocjami i zadaniem. Chciałbym zaznaczyć, że pomimo tego, iż tę muzykę można określić jako depresyjny black metal, starałem się w swoich tekstach nie przedstawiać tego w formie „o jak mi źle, jestem nieszczęśliwy”, żeby nikt nie mówił mi tu o płaczkach jakichś (śmiech). Podchodziłem zawsze bardziej od strony mizantropii, pustki, pogardy wobec ludzi i ich bezsensownego istnienia.Tutaj zrobię małą dygresję do poprzedniego pytania. To jest właśnie to co mnie skłoniło do tworzenia muzyki, black metal dał jakieś znaczenie mojemu życiu z pewnego punktu widzenia uratował mnie przed śmiercią. Żadna muzyka nie tworzy i nie przekazuje emocji tak jak black metal, szczególnie tych złych, więc to było naturalne, że mnie przyciągną. Podobnie było z Baphometic Deathslaught, to Deathwalker skontaktował się ze mną, czy chciałbym robić perkusję i zająć się dźwiękiem na materiale. Podobna sytuacja jak w Na Dnie, nigdy się nie widzieliśmy, a wszystko siadło tak jak chcieliśmy. Cały pomysł należał do Deathwalkera, ja tylko dołożyłem swoją cegiełkę. Po demie jakoś kontakt się urwał, jego pochłonęło Nihil Invocation, a mnie Nyctophilia.
Zastanawiam się jak u Ciebie wygląda proces komponowania, a następnie wyboru poszczególnych utworów do któregoś z projektów? Wspomniałeś już nieco o tym wyżej, ale o ile Nyctophilia jest bardzo "płodna", o tyle Thurthul alatakuje niespodziewanie i dosyć rzadko. Czy to celowe działanie, czy przypadek odgrywa tutaj jakąś rolę?
Wiesz, to jest bardzo zróżnicowane, wszystko zależy od tego w jakim stanie jestem, w jakim humorze można by powiedzieć. Jako, że Nyctophilia jest trochę bardziej złożona, sporo klawiszy i atmosfery, nie mam jednego sposobu na pisanie utworów, czasami wszystko zaczyna się od riffu, czasami od klawiszy. W Thurthul często po prostu siedzę z gitarą „na sucho”, nie podpiętą do wzmacniacza i po prostu gram aż coś wpadnie mi w ucho, ale to też wszystko zależy od napływu inspiracji, często ostatnimi czasy mam tak, że nie podnoszę gitary przez parę miesięcy, a nagle coś mnie „uderzy” i w parę dni piszę kilka utworów, potem znowu cisza. Szczerze, od razu wiem czy dany utwór będzie na Nyctophilię czy Thurthul, ponieważ oba projekt różnią się podejściem do riffów i klimatu, więc jak gram jakiś riff i zaczyna mi się podobać, zwykle już wiem, że to będzie Thurthul np. ze względu na energię i sposób grania.
Thurthul też zwykle jest o wiele bardziej spontaniczny, jako że głównie składa się z gitary i na tym instrumencie polega najbardziej jako głównym elemencie, więc tutaj nie mogę obcować na dwuminutowym przejściu ambientowym, żeby „przeciągnąć” utwór gdzieś dalej, tylko cały czas musi być ta energia tworzona przez riffy, które najlepiej wychodzą na spontanie, a nie wymyślane i przekombinowane, dlatego przypadek i inspiracja gra dużą rolę. Nyctophilię często po prostu składam, sekcja po sekcji, jakaś jest nagrana, potem coś dodaję, rozbudowywuję i często, szczególnie na ostatnim albumie, badam różne wersje, gdzie utwór mógłby „iść” dalej, jako że w Nyctophilii najbardziej liczy się dla mnie atmosfera ogólna i żaden instrument tak naprawdę nie gra pierwszej roli.
Nie da się ukryć, że w Nyctophilii poruszasz teksty bardziej dołujące, mroczne, podczas gdy Thurthul jest bardziej nienawistny, nie do końca pasujący do dzisiejszych "poprawnych" wzorców. Najpierw weźmy "na tapetę" Thurthul. Powiedz, czego nie lubisz w nowoczesnym świecie, co jest przysłowiową "solą w oku" w tymże właśnie świecie? Czy patrząc na to co dzieje się wkoło nas czerpiesz wystarczająco dużo inspiracji do pisania liryków dla Thurthul?
W skrócie, konformizmu. Tej całej jebanej politycznej poprawności. Bagna setek ludzi zachowujących się jak jebane roboty, zaprogramowane przez system zlewaczałych rządów globalistów. Ludzie stali się biernymi gapiami, którzy tylko przytakują na wszystko, bez żadnego krytycznego myślenia akceptując serwowaną im rzeczywistość, ale to tyczy się akurat każdej strony. Popatrz na to co dzieje się w kwestii Antify i jak infekują scenę black metalu, z jednej strony masz zespoły „cancelowane”, bo ktoś kiedyś zagrał w jakimś zespole kolegi na koncercie na żywo, a z drugiej masz jawnych komuchów na scenie i to już nikomu nie przeszkadza, bo przecież dobrze grają. Mam dość tych wszystkich „metali”, którzy jak zwykłe owce podążają za mainstreamem i jeszcze biją brawo tym bezkręgowcom. Odcięliśmy się od wartości, które przyświecały naszej cywilizacji. To właśnie black metal powinien stać przeciwny wobec tej postawy, jako ideologia, w której pewne zasady i wartości stanowią cel nadrzędny, a tymczasem scena jest infiltrowana dokładnie przez tych ludzi. Ludzi słabych, fałszywych. Także jak widać do Thurthul nie brakuje mi inspiracji.

W temacie Thurthul sporo wyjaśniłeś, przejdźmy zatem do Nyctophilii. Zapewne wiesz, że Nyctophilia została wrzucona do wora z napisem "DSBM". Osobiście nie przepadam za takim graniem i uważam, że ta "łatka" nie jest do końca miarodajna. Owszem, słychać pewne "zapędy", że tak to kolokwialnie określę, ale czytając teksty, szczególnie te z późniejszych wydawnictw, uważam, że to stwierdzenie jest mocno krzywdzące i zbyt prostolinijne. Wiem, że Tobie chyba też do końca nie jest z nim po drodze? Coś powiesz na ten temat?
Niestety dałem się złapać w to określenie. Fakt, że sam odrobinę przyłożyłem do tego rękę, ale według mnie ludzie często źle interpretują to określenie, według mnie do Nyctophilii bardziej by pasowała „łatka” mizantropijnego black metalu, bo zawsze starałem się we wcześniejszych nagraniach usunąć element ludzki i wlewałem w te nagrania nienawiść do gatunku ludzkiego. Często podchodziłem do tekstów od strony bardziej filozoficznej, typu „jaki jest cel istnienia?”, „po co znajdujemy się na tym świecie?” lub po prostu nienawiści do ludzkiej powłoki. W Nyctophilii zawsze było sporo nienawiści do ludzi, na pewno więcej niż typowego zawodzenia „o jak mi źle”, a z tym ludzie kojarzą głównie DSBM. Osobiście zawsze kierowałem się pierwotnymi założeniami tego podgatunku, to nie terapia, tylko powód dla którego ty, słuchacz, powinieneś się zabić, dowód tego jak mało znaczymy w całym wszechświecie.
Muzykę zaczynałeś tworzyć jako młodzieniec, lata uciekają i jesteś już dojrzałym facetem i masz już na koncie sporo wydawnictw, głównie Nyctophilii. Jesteś też ważną częścią naszej sceny black metalowej. Powiedz, co się z Twojej perspektywy zmieniło na tej scenie przez te kilkanaście lat i czy są to zmiany korzystne, czy wręcz przeciwnie? Wiem, że black metal jest dla Ciebie czymś więcej niż tylko muzyką, utrzymujesz od lat kontakt z ludźmi tworzącymi tę muzykę i to nie tylko z naszego kraju, więc masz spojrzenie z tzw. pierwszej linii frontu. Podziel się swoimi spostrzeżeniami i refleksjami.
Dzięki za zaliczenie Nyctophilii do takiego grona, chociaż sam tego nie odczułem jakoś specjalnie. Wiesz, w kwestii ewolucji muzyki i zmian na scenie (której aż tak mocno nie śledzę) są pewne aspekty, które doceniam, jak choćby zespoły i ludzie, którzy nie idą oklepaną drogą, którzy nie recyklingują tego co ktoś zrobił lub próbują się wybić na czyichś osiągnięciach, dalej niosą tę „pochodnię” wartości i kroczą swoją drogą, chociaż jest to coraz rzadsze. Nic nie drażni mnie bardziej jak nowe projekty/zespoły, które wręcz przypisują sobie spuściznę starych ugrupowań i ich dokonań. Jest tylko jedno określenie na takich ludzi i każdy doskonale je zna. W black metalu i w ludzkości zaszło tyle zmian na przestrzeni ostatnich lat, że ciężko za tym nadążyć. Oczywiście naturalny krok ewolucji każdej takiej muzyki jest taki, że im bardziej zaczyna docierać do szerszego grona, tym bardziej zróżnicowane stają się poglądy i podejścia, ale uważam, że obecnie scena black metalowa przeżywa swój najgorszy moment, sprowadzanie wszystkiego do memów w mediach społecznościowych, kompletne pominięcie aspektu filozoficznego i ideologicznego. Scena dociera do ludzi, którzy swoje zrozumienia świata biorą z Tik-Toka i Instagrama i za wyrocznię swoich poglądów uważają jakiegoś „influencera”. Nie, kurwa, sorry to jest jakaś porażka. Zauważyłem, że spora część ludzi, którzy swoją muzykę traktują naprawdę poważnie, jest kompletnie odciętych od reszty sceny, ponieważ ta „scena” zjada swój własny ogon.

Mocne słowa, ale nie można się z nimi nie zgodzić. A może to tzw. "duch czasu"? W czasach kiedy black metal "drugiej fali" zaczynał rozpychać się łokciami na metalowej scenie nie było internetu, smartfonów, trzeba było się czymś wykazać i jakoś przebić, nie każdy też mógł nagrać sobie płytę w domu i ją wydać. Może tutaj tkwi problem? Z drugiej strony dzisiaj ciężko odciąć się od wszystkich dobrodziejstw i nowinek, ale może pewne wartości zaczęły znikać ze środowiska? Coraz więcej młodych ludzi wkracza na scenę, a ci młodzieńcy są sterowani i manipulowani z każdej strony. Na szczęście jest też podziemie żyjące swoim życiem, czyli grupa fanatyków, którzy poświęcają swój czas i pieniądze, żeby "płomień nie zgasł". Czy Twoim zdaniem możemy mówić o konflikcie interesów w kontekście black metalu i czasów, w których gloryfikowanie są ułomne i nijakie persony?
Co do pierwszej części pytania, myślę, że jest to część problemu. Jasne, że technologia dała nam możliwości tworzenia z komfortu domowego itd, sam głównie nagrywam ze swojego domowego studia i jest to naprawdę olbrzymi krok naprzód, dający muzykom olbrzymie możliwości, ale właśnie jest to miecz obosieczny, który spowodował absolutny wysyp projektów i zespołów, które nigdy nie powinny mieć miejsca, które tworzą tę muzykę tylko dlatego, bo mogą, bo mają tę opcję lub widzą postępujący trend. Powoduje to też, że wydawnictwa, które naprawdę coś sobą reprezentują po prostu przepadają w „studni” tysięcy wydawnictw, które są zwykłym „kopiuj wklej” i to właśnie powoduje, że wartości black metalu coraz bardziej się zatracają. Nie chodzi mi tutaj o to, że trzeba mieszkać w jaskini, ale jednak black metal, przynajmniej w moim przekonaniu, jest czymś więcej niż muzyką, to ścieżka, która cię prowadzi, a nie doczepka do „edgy” trendu. Myślę, że dla ludzi coraz mniejsze znaczenie ma to, jak poważnie ktoś podchodzi do danego tematu, liczy się to, jak dobrze ktoś wpasowuje się w dany trend.
Co do ostatniej części pytania, myślę, że zdecydowanie jest tutaj jakaś kolizja, black metal zawsze stawiał na silne persony w sferze ideologicznej, ludzi z twardym kręgosłupem moralnym i oczywiście tak jak wspominamy, w podziemiu dalej są ludzie, którzy nie dają się złamać, którzy pomimo tego nacisku i presji kontynuują swoją drogę, wielki szacun za to. Sam miałem okazję doświadczyć tego w przypadku Nyctophilii i Thurthul, na Bandcampie i Discogs, nie spowodowało to we mnie złamania, a wręcz przeciwnie. Dzisiaj często czuję, że większy procent ludzi tańczy tak jak im się zagra, uginając się pod młotem cenzury, często widzimy zespoły przepraszające, bo ktoś tam z kimś zagrał, był na jakimś festiwalu. Jasne, rozumiem, że ci ludzie mają rodziny, kontrakty itd… ale właśnie to jest ten problem, kiedy kontrakty i management jest ważniejszy od tego co przekazujesz, tego co reprezentujesz, przestajesz być poważną osobą.
Precision Mechanism / Made in Abyss
Zostawmy może już za sobą te mało przyjemne tematy. Zastanawiam się jakimi kryteriami kierujesz się wybierając język do swoich utworów. Raz piszesz w języku ojczystym, innym razem jest to język angielski. Dlaczego tak żonglujesz językami? Jest jakieś drugie dno, czy po prostu rzucasz monetą, że tak pozwolę sobie zapodać "sucharem".
Wiesz, to bardziej jest tak, że jak w głowie układam jakieś teksty lub tworzę zarys tego o czym będzie dany utwór, a z racji tego, że biegle mówię po angielsku, czasami jest to angielski, czasami (rzadziej) polski. Robię to głównie z tego powodu, że języki mają dla mnie, jakby to powiedzieć, pewne „smaki”. To znaczy, że mniej więcej oferują różne palety koloru i charakter. Polski język jest według mnie o wiele trudniejszy do aranżu, przez jego cudownie skomplikowaną formę, przez co wymaga odpowiedniego klimatu i podejścia do utworu. Angielski jest prostszym językiem, o wiele bardziej dostępnym, a chciałbym żeby jednak większość ludzi była w stanie zrozumieć to co mam na myśli. Tak naprawdę jeśli miałbym na to czas i głowę, nauczyłbym się więcej języków i ich używał, zawsze uwielbiałem jak „brzmi” język norweski lub fiński w black metalu.
Mniemam, że dobrze Ci się układa współpraca z Michałem z Wolfspell Records? "Stargazer" to już kolejny, bodajże czwarty album, który ukazuje się z logo Wolfspell. Wcześniej współpracowałeś z Mara Productions i Dark Omens Production, czyli też już uznanymi markami w polskim podziemiu. Co zadecydowało o tym, że to label Michała jest Twoim pierwszym wyborem, w kontekście albumów Nyctophilii? I czy nowy Thurthul również ukaże się w barwach Wolfspell? Nie ukrywam, że liczę bardzo na kolejne materiały Twojego agresywniejszego "dziecka".
Zgadza się, na początku po prostu szukałem wytwórni, która będzie chciała mnie wydać, bardzo zależało mi na fizycznych wydaniach albumów, więc nie miałem jakichś wygórowanych wymagań, jak to się mówi, brałem co dali, co nie znaczy, że współpraca z Dark Omens Production czy Mara Productions była zła, ale odkąd udało mi się przyciągnąć uwagę Michała, Wolfspell stał się moją domyślną wytwórnią. To dobra współpraca, profesjonalna i dobrze się rozumiemy, wydania są na najwyższym poziomie w kwestii jakości i wyglądu, więc nie widzę sensu żeby tutaj coś kombinować, skoro wszystko działa jak należy. Co do Thurthul, tego jeszcze nie wiem, album jest na bliskim wykończeniu, chociaż jak to u mnie bywa, cały czas coś dłubię, ale mam nadzieję że w tym roku już będzie gotowy, wtedy wszystko się okaże.
Powiedz jeszcze jak u Ciebie wygląda dobór zespołów na wydawnictwa łączone (splity)? Czy to jest raczej Twoja inicjatywa, czy też wytwórni, a może zespołu, który chce łączyć z Tobą takie wydawnictwo? Jakie warunki musi spełnić taki zespół, żeby split z Twoim udziałem w ogóle miał szansę się ukazać i co jest czynnikiem decydującym?
Z tym jest różnie, najczęściej zdarzało się, że ta inicjatywa wychodziła od jakiegoś zespołu, tak jak w przypadku starego splita z Nihil Invocation i ostatniego splita z trzema innymi zespołami. W przypadku splita z Nachteule ta inicjatywa wyszła od Wolfspell. Osobiście nie robię jakiegoś totalnego prześwietlenia, ale zwykle sprawdzam sobie kto do mnie pisze z taką propozycją, wystarczy chwilę porozmawiać z taką osobą żebym mógł stwierdzić z kim mam do czynienia. Zdarzyło mi się odmówić na propozycję splitu, z powodów, które w skrócie można opisać jako “idiota”. W kwestii czynników, co do wydania, na pierwszym miejscu stawiam oczywiście sam materiał, czy w ogóle jest coś wart i czy w jakiś sposób zgrywa się to z tym co robię osobiście, jednak klimat całości ma znaczenie przy takich wydawnictwach, ale wiadomo, że równie ważne jest to z kim mam do czynienia, ale tak jak wspomniałem, to już wychodzi “w praniu”, jak już trochę pogadam z danym muzykiem. Mogę zdradzić, że w tym roku (mam taką nadzieję), ukaże się split Nyctophilii z jednym z fińskich gigantów, oczywiście nakładem Wolfspell, także jest na co czekać.
Świetna informacja na koniec tego wywiadu. Powiedz czego byś sobie życzył w tym dopiero co rozpoczętym roku? Dzięki za poświęcony czas, mam nadzieję, że Cię nie zanudziłem pytaniami. Chcesz coś rzucić na koniec?
Ukończenia albumu Thurthul! Zanim go całego usunę (śmiech). Byłoby miło jakby lewackie rządy upadły (śmiech).
Dzięki za wywiad i ciekawe i odważne pytania. Jak zawsze: „Hail Darkness!”.
Spectral Projection Unit / No. 1994